Podsumowanie drugiej połowy sezonu MotoGP: Dominacja Marca Marqueza i koniec kariery Jorge Lorenzo

Podsumowanie drugiej połowy sezonu MotoGP: Dominacja Marca Marqueza i koniec kariery Jorge Lorenzo

Właśnie mijają trzy tygodnie od ostatniej tegorocznej rundy MotoGP – GP Walencji. Obecnie zawodnicy są na wakacjach, dochodzą do zdrowia po operacjach czy też uczestniczą w różnych imprezach, bo nie mogą rozstać się z motocyklami. My natomiast możemy naładować baterie przed nowym sezonem i oddać się sportom zimowym. Wróćmy jednak na chwilę do sezonu 2019. Początek grudnia jest bowiem idealnym momentem, by podsumować drugą część tegorocznych mistrzostw.

Ósme mistrzostwo Marca Marqueza

Po dziesiątym z rzędu triumfie na torze Sachsenring Marc Marquez prowadził w klasyfikacji generalnej i miał 58 punktów przewagi nad Andreą Dovizioso. Już wtedy mało kto wierzył w to, że 26-letni Hiszpan nie zdobędzie ósmego mistrzowskiego tytułu, nawet jeśli do końca roku pozostawało aż 10 rund. Marquez przyzwyczaił jednak, że takiej przewagi nie marnuje, zwłaszcza będąc już tak doświadczonym zawodnikiem, który nie podejmuje zbytniego ryzyka.

Mimo to rywale Hiszpana mieli nadzieję, próbowali jeszcze coś zdziałać. Pierwszą okazją było Grand Prix Czech na początku sierpnia. Ich wola walki zdecydowanie jednak osłabła już w trakcie kwalifikacji. To wtedy Marquez przejechał fenomenalne okrążenie na slickach, gdy zaczęło padać i miejscami tor był bardzo mokry. Ostatecznie Hiszpan wywalczył pole position z przewagą 2,5 sekundy na drugim Jackiem Millerem. Było to wielkim ciosem dla rywali, ale mimo to docenili oni jazdę Marqueza. Wiedzieli jednak, że w wyścigu nie mają z nim żadnych szans. I rzeczywiście, zawodnik Repsol Hondy szóste w sezonie zwycięstwo i powiększył przewagę nad Andreą Dovizioso do 63 punktów.

Podczas dwóch kolejnych rund będący na fali Marquez musiał jednak przełknąć gorycz porażki. Najpierw przegrał pojedynek z Dovizioso w ostatnim zakręcie toru Red Bull Ring, a dwa tygodnie później – podczas Grand Prix Wielkiej Brytanii – w podobny sposób został wyprzedzony przez Alexa Rinsa. Choć wielu zawodników cieszyłoby się z drugich miejsc, tak Marquez ewidentnie był tym faktem poirytowany. O ile nie bolała go sama porażka, tak przede wszystkim doskwierał mu jej styl. Przegrana w ostatnim zakręcie jest bowiem swego rodzaju rysą na szkle, rysą jego mistrzostwa.

Podirytowany Marquez nie chciał dopuścić do czegoś podobnego w trzeciej rundzie z rzędu. Zupełnie inaczej myślał jednak Fabio Quartararo, który prowadził przez większość wyścigu na torze Misano. 26-letni Hiszpan przyjął więc strategię, by w końcówce wyprzedzić swojego rywala i uciec mu na dystans, który nie pozwoli na kontrę w ostatnim zakręcie. I tak też właśnie się stało. Choć Quartararo spróbował zaatakować Marqueza kilka zakrętów przed końcem, tak drobny błąd sprawił, że zawodnik Repsol Hondy znów powrócił na szczyt. Z kolei tydzień później potwierdził swą dominację na torze MotorLand Aragon, pokonując Andreę Dovizioso o prawie 5 sekund.

Pięć powakacyjnych rund sprawiło, że Marquez mógł przypieczętować mistrzowski tytuł już podczas Grand Prix Tajlandii. By tak się stało, Hiszpan potrzebował wywieźć z toru Buriram dwa punkty więcej niż Andrea Dovizioso. Oznaczało to więc, że niezależnie od wyniku Włocha, tytuł mistrzowski dawało Marquezowi zwycięstwo. 26-latek postanowił więc nie odpuszczać i przy niesamowitej wrzawie kibiców do samego końca walczył o zwycięstwo z Fabio Quartararo. Nauczony porażkami w ostatnim zakręcie, tym razem to górą z tego pojedynku wyszedł zawodnik Hondy. Tym samym Marquez przypieczętował ósmy tytuł, a francuski debiutant musiał ponownie obejść się smakiem.

Mistrz świata dwa tygodnie później przypieczętował również mistrzostwo dla Hondy. Było to o tyle ważne, że stało się to na jej torze, na Motegi. Z kolei tydzień później, w Australii, Marquez do końca walczył o zwycięstwo z Maverickiem Vinalesem. Pojedynek zakończył jednak przedwcześnie, gdyż młodszy z Hiszpanów upadł na ostatnim okrążeniu. Tym samym reprezentant Repsol Hondy dojechał do mety niezagrożony i odniósł już jedenaste w sezonie zwycięstwo. Natomiast Vinales zrewanżował się swojemu rodakowi w Malezji. Kto wie, jakby potoczyła się rywalizacja, gdyby Marquez nie startował dopiero z jedenastego pola. Mimo to do mety dojechał na drugiej pozycji.

Podczas ostatniego wyścigu sezonu zdobywca mistrzowskiego tytułu nie zamierzał odpuszczać. Choć przegrał w kwalifikacjach, tak w wyścigu nie dał swoim rywalom szans, odnosząc tym samym dwunaste zwycięstwo w sezonie. Co więcej, zapewnił Repsol Hondzie tytuł w klasyfikacji zespołowej, a on sam zgromadził aż 420 punktów. Drugi w klasyfikacji generalnej Andrea Dovizioso stracił do niego aż 151 „oczek”, co jest rekordową różnicą pomiędzy mistrzem a wicemistrzem.

To, czego w tym roku dokonał Marc Marquez, jest wręcz niebotyczne. Dwanaście zwycięstw, sześć razy na drugim stopniu podium i tylko jeden nieukończony wyścig, w którym zresztą prowadził i jechał po swój siódmy triumf w Austin. Statystyki te są niebywałe i bardzo trudne do powtórzenia. Hiszpan też doskonale o tym wie, powtarzał to w wielu rozmowach. Niemniej, odkąd tylko trafił do MotoGP, mało kto jest w stanie mu dorównać. Stał się wyznacznikiem idealnej jazdy, osobą, którą chce się pokonać. Jak na razie jest jednak niedoścignionym celem. Panowanie nad motocyklem, ratowanie się z beznadziejnych sytuacji…to cały Marc Marquez – dominator sezonu 2019, który w przyszłym roku będzie chciał zrównać się w liczbie tytułów z Valentino Rossim, jeszcze jeżdżącą legendą tego sportu. Na razie jednak hiszpański zawodnik dochodzi do zdrowia po operacji ramienia.

Kolejna porażka Ducati

Przedsezonowe testy wskazywały, że zarówno Danilo Petrucci, jak i Andrea Dovizioso będą najgroźniejszymi rywalami Marca Marqueza. I rzeczywiście, początek roku sugerował, że tak będzie. Obaj byli najbliżej Hiszpana, ale ich strata przed przerwą wakacyjną przekraczała jednak 50 punktów. Mimo to zapowiadało się, że w Brnie i w Austrii będą poważnym zagrożeniem dla Hondy oraz Marqueza.

O ile Dovizioso był drugi w Czechach, a na Red Bull Ringu odniósł zwycięstwo i podtrzymał triumfalną passę Ducati na tym torze, tak po wakacjach całkowicie załamał się Petrucci. Tuż przed Grand Prix Czech zmarł jego przedstawiciel prasowy, który był my bardzo bliski. To bardzo odbiło się na 29-latku. Po przerwie wakacyjnej Petrucci nie był już tym samym zawodnikiem, a jego najwyższą pozycją było siódme miejsce podczas Grand Prix Wielkiej Brytanii. Słabe wyniki sprawiły, że sezon zakończył na szóstej pozycji z dorobkiem 176 punktów. Mimo to Ducati mu zaufało i pozostał w fabrycznym zespole na kolejny rok.

Wracając jednak do Andrei Dovizioso. Włoch trzeci rok z rzędu został wicemistrzem świata, zgromadził rekordową liczbę punktów w swojej karierze – 269 – i dziewięciokrotnie stał na podium, w tym dwukrotnie zwyciężał. Wielu pozazdrościłoby mu takich wyników, ale on jest nimi rozczarowany. Nie ma bowiem szans na walkę z Marquezem. Bycie drugim mu nie wystarcza, nawet jeśli jego przewaga nad trzecim w klasyfikacji Vinalesem wyniosła 58 punktów. Dovizioso chce walczyć o tytuł, ale z każdym kolejnym sezonem może być mu coraz ciężej. Obecnie ma już 33 lata, a starsi są tylko Cal Crutchlow i Valentino Rossi. Jeśli więc w przyszłym roku nie zdoła pokonać Marqueza, śmiem twierdzić, że nie zdobędzie on już upragnione tytułu mistrzowskiego.

By jednak o mistrzostwo walczyć, Ducati musi popracować nad zwrotnością motocykla. W tym roku ewidentnie bowiem cierpiało w zakrętach, gdzie brakowało prędkości. To właśnie ta niedoskonałość była największą bolączką i przyczyniła się do porażki we wszystkich trzech klasyfikacjach – w kategorii zespołów fabryczna ekipa Ducati prowadzenie straciła w ostatnim wyścigu sezonu. Można więc to już nazwać kolejną porażką zespołu z Bolonii.

Trzecie miejsce Vinalesa nadzieją dla Yamahy

Już dwie ostatnie rundy przed przerwą wakacyjną były bardzo obiecujące dla Mavericka Vinalesa i Yamahy. Można było podejrzewać, że w drugiej połowie sezonu Hiszpan pokusi się o kilka dobrych wyników, a być może nawet o zwycięstwa. Grand Prix Czech i Grand Prix Austrii nieco temu zaprzeczyły. Dziesiąte i piąte miejsce nie napawały Hiszpana bowiem zbyt dużym optymizmem. Od Grand Prix Wielkiej Brytanii nastąpił jednak przełom. Vinales zajął w nim trzecie miejsce, co też powtórzył trzy tygodnie później na torze Misano. Niewiele brakowało, a również udałoby się wywalczyć podium w Aragonii, ale spadek tempa w drugiej połowie wyścigu sprawił, że Hiszpan spadł na czwarte miejsce.

Vinales powrócił na podium w Tajlandii, gdzie musiał uznać wyższość jedynie Marqueza i Fabio Quartararo. W Japonii był natomiast czwarty, a w Australii do samego końca walczył o zwycięstwo. Hiszpański zawodnik był tak nastawiony na triumf, że postawił wszystko na jedną kartę w pojedynku z Marquezem i niestety w samej końcówce się przewrócił. Udało mu się jednak zrewanżować tydzień później. W Malezji nie dał szans rywalom i odniósł przekonujące drugie zwycięstwo w sezonie.

Co prawda w Walencji znów nie było kolorowo, bo zajął tam szóste miejsce, ale wystarczyło to, by utrzymać trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej i o 6 punktów wyprzedzić w niej Alexa Rinsa. Dla Vinalesa jest to druga taka okazja, by na koniec sezonu znaleźć się w czołowej trójce, poprzednio udało mu się to w roku 2017, gdy dołączył do Yamahy. Z pewnością więc napawa go to optymizmem przed kolejnym sezonem, a Yamahę motywuje do dalszej pracy. Efekty już widać, ale przed ekipą z Hamamatsu ciągle sporo pracy. Ciągle bowiem mają duże pole do manewru na płaszczyźnie jednostki napędowej. Prędkość maksymalna Yamahy znacznie odbiega już od tej uzyskiwanej przez motocykle Hondy czy Ducati, ale również Suzuki prezentuje się w tym elemencie lepiej.

Fabio Quartararo debiutantem roku

Wielu fanów MotoGP dziwiło się, gdy okazało się, że do stawki dołączy Fabio Quartararo. Młody Francuz nie odnosił zbyt wielkich sukcesów w mniejszych klasach, a na swoim koncie miał tylko jedno zwycięstwo w Moto2. Mimo to byli i tacy, którzy widzieli w nim spory potencjał i nieoszlifowany talent. I to właśnie ta grupa się nie myliła. Już w pierwszej części sezonu udowodnił swoją szybkość, zdobywając pole position w Grand Prix Hiszpanii i stając się najmłodszym zawodnikiem, który tego dokonał w najwyższej kategorii. Później jeszcze dwukrotnie był najszybszy w kwalifikacjach, a dobra postawa w wyścigach – dwa podia – sprawiała, że po Grand Prix Niemiec miał 67 punktów.

Druga połowa sezonu okazała się dla niego jednak jeszcze lepsza. Francuz łącznie sześciokrotnie wygrywał sesje kwalifikacyjne, siedem razy stawał na podium i z dorobkiem 192 punktów zajął piąte miejsce w klasyfikacji generalnej – wyprzedzając w niej m.in. Valentino Rossiego z fabrycznej Yamahy oraz swojego zespołowego partnera Franco Morbidelliego.

Fabio Quartararo nie tylko został debiutantem z największym dorobkiem punktowym, ale również najlepszym debiutantem w ocenie obiektywnej. Jego styl jazdy, wola walki i przede wszystkim szybkość pozwalają sądzić, że w przyszłości zostanie mistrzem świata. Już w tym roku stoczył dwa wspaniałe pojedynki z Markiem Marquezem o zwycięstwo. Co prawda oba je przegrał, ale śmiem twierdzić, że już za kilka miesięcy to młody Francuz wyjdzie górą z takiej walki i odniesie upragniony triumf.

Rozczarowujący sezon dla Valentino Rossiego

Początek roku nie zwiastował problemów Valentino Rossiego. Sezon rozpoczął od najlepszego czasu w pierwszym treningu Grand Prix Kataru, a później w Argentynie i w Austin zajmował drugie miejsce. Wydawało się, że 40-letni zawodnik zdoła coś osiągnąć w tym sezonie. Niestety, w ciągu czterech ostatnich rund przed przerwą wakacyjną zgromadził jedynie osiem punktów, a w klasyfikacji generalnej spadł na szóste miejsce. Wydawać się mogło, że już gorzej być nie może. Jak się jednak okazało, może być.

Co prawda w Czechach Rossi zajął szóste miejsce, a w Austrii, w Wielkiej Brytanii i w Misano był czwarty, ale wtedy przyszedł znaczny spadek formy, który w głównej mierze wynikał ze słabości Yamahy. Włoch należy do jednych z wyższych zawodników i dość mocno zużywa opony, a właśnie to jest słabością M1-ki. Ponadto, jego warunki fizyczne potęgują drugą wadę Yamahy, czyli prędkość maksymalną.

Wszystko to sprawiło, że Rossi zajmował ósme miejsce zarówno w Grand Prix Aragonii, jak i w Grand Prix Tajlandii. W Grand Prix Japonii było jeszcze gorzej – Włoch nie zdołał nawet ukończyć tego wyścigu. Wydawało się jednak, że na jednym ze swoich ulubionych torów, jakim jest Phillip Island, Vale będzie mógł pokusić się o dobry rezultat. Nic z tych rzeczy, znów był ósmy. Lepiej było jedynie w Malezji, gdzie do mety dojechał na czwartym miejscu, z niewielką stratą do trzeciego Andrei Dovizioso. W Walencji natomiast znów był ósmy.

Takie wyniki sprawiły, że Valentino Rossi zgromadził 174 punkty i zajął dopiero siódme miejsce w klasyfikacji generalnej. Włoch nie był tak daleko w tabeli od czasów, gdy startował na Ducati. W jego pierwszym sezonie startów we włoskiej ekipie również był siódmy, jednak dobrze pamiętamy, jak nieudana była to współpraca. Fakt ten pokazuje, że tegoroczne mistrzostwa są dla Rossiego dużą porażką. Mimo to Włoch nie zamierza się poddawać, ma jeszcze ważny kontrakt z Yamahą na przyszły rok i nie wyklucza jego przedłużenia. Wszystko jest jednak zależne od tego, na ile będzie stać M1-kę, ale również i Rossiego.

Z formą 40-latka chyba nie jest aż tak źle. Na swoim ranczo ciągle jest szybki, w miniony weekend zwyciężył wraz z Lucą Marinim w wyścigu „100 km dei Campioni”, a lada dzień dojdzie do wyczekiwanej zamiany maszyn pomiędzy nim a Lewisem Hamiltonem. Wola do walki jest i starego wilka nie można jeszcze definitywnie skreślać. Rozczarowujący sezon już minął, a przed dziewięciokrotnym mistrzem świata nowe wyzwanie i kolejny rozdział jego bogatej kariery, w której przejechał już ponad 400 wyścigów.

Pożegnanie Jorge Lorenzo

Podsumowując sezon 2019, nie można przejść obojętnie obok Jorge Lorenzo. Pięciokrotny motocyklowy mistrz świata dołączył w tym roku do zespołu Repsol Honda i wydawało się, że wraz z Markiem Marquezem stworzą ekipę marzeń. Niestety, upadki i ciągłe kontuzje nie pozwoliły mu przyzwyczaić się do bardzo trudnego motocykla. Lorenzo nie był w stanie dopasować swojego stylu jazdy do charakterystyki Hondy, przez co jego jazda przypominała bardziej walkę o przetrwanie niż walkę o sukcesy.

Jak się okazało, kluczowy w kontekście przyszłości Lorenzo okazał się upadek z treningu na torze Assen, gdzie doznał pęknięcia dwóch kręgów kręgosłupa. Hiszpan nie startował przez prawie dwa miesiące, a na motocykl powrócił podczas Grand Prix Wielkiej Brytanii, gdzie zajął odległe, czternaste miejsce. Mimo to wydawało się, że kolejne rundy będą dla niego coraz lepsze. Na torze Misano jednak znów był czternasty, a w Aragonii, w Tajlandi, w Japonii i w Australii znajdował się poza czołową piętnastką. Kolejne punkty zdobył dopiero w Malezji, gdzie ponownie zajął czternastą pozycję. Już wtedy zaczęło się poważnie spekulować o jego odejściu z zespołu Repsol Honda, a być może o zakończeniu kariery. Wielu myślało, że jego miejsce może zająć Johann Zarco, który w ostatnich trzech rundach sezonu zastępował w zespole LCR Honda kontuzjowanego Takaakiego Nakagamiego.

I rzeczywiście, tuż przed startem ostatniego weekendu wyścigowego w Walencji pojawił się komunikat o zwołaniu specjalnej konferencji z udziałem Jorge Lorenzo i Carmelo Ezpelety. Mogło to oznaczać tak naprawdę tylko jedno – ogłoszenie zakończenia kariery. W emocjonalnej przemowie 32-latek definitywnie pożegnał się z MotoGP, stawiając na pierwszym miejscu swoje zdrowie. Swój ostatni wyścig w życiu zakończył na trzynastej pozycji. Tak też końca dobiegła jedna z największych karier w historii sportu. Lorenzo jest jak na razie jedynym zawodnikiem, któremu udało się wygrać tytuł w MotoGP podczas startów Marca Marqueza. Ponadto w swojej karierze pokonywał w tej walce Daniego Pedrosę, Caseya Stonera i Valentino Rossiego.