Monako na start? - analiza kryzysowej sytuacji w F1

Monako na start? - analiza kryzysowej sytuacji w F1

Obecna sytuacja związana z rozprzestrzeniającym się wirusem uderza w każdą gałąź zawodowego sportu, również w królową sportów motorowych. Na ten moment odroczono rozegranie czterech pierwszych rund, ale niewykluczone, że to nie koniec modyfikacji tegorocznego kalendarza.

W obecnej chwili każdy prawdziwy fan F1 i osoba zajmująca się tym sportem zawodowo powinna być zajęta zacieraniem rąk i analizowaniem piątkowych treningów przed sobotnimi kwalifikacjami i niedzielnym wyścigiem. Niestety sprawdził się najczarniejszy scenariusz – inauguracyjny weekend w Melbourne został odwołany. Całego zamieszania wokół odwołania pierwszej rundy sezonu można było uniknąć, ale niestety osoby zarządzające tym sportem i organizatorzy GP nie popisali się działaniem w sytuacji kryzysowej.

Grand Prix Australii

Cyrk na kółkach

Od samego początku, gdy zaczęto spekulować, że weekend zostanie odwołany, w tle były oczywiście bardzo duże pieniądze, które uniemożliwiały sprawne opublikowanie oficjalnego komunikatu. Nikt w tym wypadku nie chciał wziąć na siebie pełnej odpowiedzialności, która z biznesowego punktu widzenia byłaby bardzo kosztowna. Warto nadmienić, że pieniądze zainwestowane w organizację GP Australii nie pochodzą jedynie z prywatnych kieszeni, co jeszcze bardziej komplikowało całą sytuację. Swoje robił również regulamin, według którego FIA nie mogła samodzielnie anulować wydarzenia w związku z obowiązującymi umowami handlowymi. Taka decyzja mogła być podjęta przez federację jedynie w momencie, gdy gotowych do rywalizacji byłoby mniej niż 12 zawodników.

W obowiązujących umowach możemy znaleźć jasny i klarowny zapis, według którego promotor jest zobowiązany wypłacić opłatę licencyjną wówczas, gdy w czwartek odbędą się kontrole techniczne bolidów. W związku z tym australijska strona, pomimo odwołania weekendu, będzie musiała wyłożyć na stół ponad 30 milionów dolarów. Nie są to oczywiście jedyne straty/koszty, których ogólny bilans może być dość pokaźny w związku z odroczeniem wyścigu w pierwotnym terminie (bądź definitywnym odwołaniem). Brak opłaty licencyjnej w przypadku odwołania jednego wyścigu to strata rzędu ponad 30 milionów dolarów. Łatwo więc policzyć, ile może w tym roku stracić F1 na nierozegranych wyścigach.

Panujący na miejscu oraz w mediach harmider w ostatnich kilkunastu godzinach jest trudny do opisania. Brak jakiegokolwiek komunikatu spowodował, że padok zaczął stopniowo zapełniać się pracownikami i dziennikarzami, a pod bramami toru zaczęli gromadzić się głodni emocji kibice F1 z całego świata. W dobie obecnie panującego wirusa, to skrajnie nieodpowiedzialne i bardzo ryzykowane sytuacje, których należy kategorycznie unikać. Całego tego zamieszania można było uniknąć, gdyby F1 poszła śladem innych serii wyścigowych, które kolejno odwoływały swoje imprezy z odpowiednim wyprzedzeniem. Odwołana runda w Melbourne jest już oczywiście historią, ale skaza na wizerunku FIA i Liberty Media pozostanie na długo. Na sam koniec należy zadać sobie pytanie, czym w ostatnich dniach zajmowała się specjalna komórka, która miała monitorować całą sytuację związaną z koronawirusem.

Grand Prix Azerbejdżanu

Co z sezonem 2020?

Kluczowa kwestia po odwołaniu wyścigu w Melbourne dotyczy dalszych losów tegorocznego sezonu. W tej materii również panuje dość duży nieład, a na stanowisko władz tego sportu trzeba będzie jeszcze poczekać kilka dni lub tygodni. Sytuacja oczywiście będzie w głównej mierze uwarunkowana od akcji związanej z wirusem. Na ten moment, prócz wyścigu Melbourne, zdecydowano się również przełożyć/odwołać drugą i trzecią rundę tegorocznego cyklu mistrzostw świata, które miały odbyć się kolejno w Bahrajnie i Wietnamie. Wcześniej zdecydowano się również przełożyć wyścig w Szanghaju, gdzie wówczas panowała krytyczna sytuacja.

Wraz z odwołaniem pierwszych rund tegorocznego sezonu pojawiło się kilka (nieoficjalnych) alternatywnych dat, w których F1 mogłoby rozpocząć tegoroczny sezon. Pierwszym terminem była oczywiście Holandia i tor Zandvoort. Niestety ten scenariusz raczej na 100 procent się nie spełni. Powód? Każdy zna. Podobny los czeka również GP Hiszpanii, które prawdopodobnie nie odbędzie się w tym roku. Kolejnym pomysłem ma być przeczekanie całego maja i otwarcie sezonu na początku czerwca w Azerbejdżanie, co wydaje się bardzo prawdopodobnym scenariuszem.

Wraz z odroczeniem rund w Bahrajnie i Wietnamie pojawił się trzeci majowy termin (FIA twierdzi, że początek maja. F1 natomiast informuje o końcu tego miesiąca). Wówczas F1 miałaby zacząć sezon rundą na ulicach księstwa Monako, co jest dość szalonym pomysłem, ale w dobie ostatnich problemów, chyba nikogo taka decyzja nie będzie dziwić. Tutaj kluczową kwestią będzie również monitorowanie sytuacji związanej z rozprzestrzenianiem się wirusa we Francji. Na ten moment przygotowania do wyścigu w Monako postępują zgodnie z planem, co zostało potwierdzone przez samych zainteresowanych.

Przy każdym z trzech dotychczasowych odwołanych wyścigów pojawia się słowo – przełożony. W praktyce oznaczać będzie to zrezygnowanie z przerwy wakacyjnej na rzecz rozegrania wstępnie anulowanych rund. W związku z taką dość niecodzienną sytuacją tegoroczne „wakacje” w F1 mogą odbyć się już w kwietniu. Wówczas fabryki zostaną zamknięte w podobnym schemacie, jak ma to miejsce w sierpniu. Warto w tym miejscu również nadmienić, że od dzisiaj fabryki zespołów będą zamknięte, a ich ponowne otwarcie nastąpi dopiero pod koniec bieżącego miesiąca. Taka decyzja jest podyktowana zasadami bezpieczeństwa, które w obecnej sytuacji są istnym priorytetem.

Pytanie brzmi – co w przypadku, kiedy wirus na przełomie maja i czerwca nadal będzie dokuczał światu sportu? Potencjalnie duże opóźnienie startu sezonu może spowodować, że jego przebieg rozpocznie się w tym roku, a zakończy się w przyszłym. Jeżeli dojdzie do takiej sytuacji, to automatycznie planowana rewolucja zostanie przesunięta na kolejny rok. Trzeba jednak zaznaczyć, że taki scenariusz jest na ten moment mało prawdopodobny i FIA wraz z LM będą chcieli zakończyć tegoroczny sezon w grudniu tego roku.

Ostatnia kwestia dotyczy rozwoju tegorocznych konstrukcji i porzucenia ich na rzecz przygotowań do sezonu 2021. Tutaj również pojawia się dość spory harmider, który w obecnej chwili będzie ciężko logicznie poukładać i rozplanować. Wiele zespołów zapowiedziało już solidne poprawki, które w głównej mierze miały pojawić się wraz z wejściem F1 do Europy. Wówczas większość ekip miała już porzucić rozwój tegorocznych konstrukcji i przerzucić praktycznie większość zasobów na prace związane z przyszłorocznymi maszynami. W obecnej sytuacji zespoły stoją przed dużym dylematem, ponieważ nie mają możliwości sprawdzenia aktualizacji na torze, a testowanie ich w tunelu aerodynamicznym nie odzwierciedli nigdy wyników otrzymanych na fizycznym torze.

Na sam koniec warto jeszcze wspomnieć wątek lojalności i grupowej współpracy, której w F1 brak. Gdy McLaren wycofał się z udziału w GP, to wszystkie zespoły powinny pójść tą samą drogą. Niestety w stawce były ekipy, które chciały za wszelką cenę się ścigać – mimo braku obecności wszystkich bolidów na polach startowych. Tym samym potwierdziło się, że w F1 próżno jest szukać lojalnych partnerów.