Menu

Ile jest wart Kimi Raikkonen?

Kimi Raikkonen / Scuderia Ferrari

W dniu dzisiejszym Ferrari ogłosiło przedłużenie kontraktu z popularnym „IceManem”. Nowa umowa będzie obowiązywać do końca 2018 roku. Skorzystanie z tej opcji nie jest żadnym zaskoczeniem, ale pojawia się pytanie dlaczego to właśnie na Fina po raz kolejny postawił zespół, który chce liczyć się w walce o tytuł mistrza świata konstruktorów?

Przez ostatnie lata wiele osób przestało uważać Raikkonena za kierowcę światowej klasy. Stało się to dokładnie w trakcie sezonu 2014, kiedy Kimi po pięcioletniej rozłące dołączył ponownie w szeregi Scuderii. Trafił wtedy na ciężki czas dla zespołu, który znajdował się w kiepskim położeniu z Fernando Alonso na pokładzie, który coraz bardziej sfrustrowany, zaczął marzyć o innej ekipie, która da mu upragniony trzeci tytuł mistrzowski. Mimo to Hiszpan dosłownie „rozjechał” Raikkonena wygrywając z nim pod każdym względem. Dla Fina był to najsłabszy sezon od momentu debiutu w 2001 roku w Sauberze.

Przez wszystkie sezony bolączką Kimiego niewątpliwie była szybkość i skuteczność. Zapewne nieco starsi fani Formuły 1 pamiętają przebłyski jego formy zwłaszcza w sezonie 2003, kiedy walczył z Michaelem Schumacherem o tytuł w „zaledwie” trzecim sezonie startów oraz w 2005 roku, kiedy tak naprawdę to on był jedyną prawdziwą konkurencją dla niedoścignionego Fernando Alonso. Z kolei w mistrzowskim sezonie 2007 potrafił pokonać McLarena - swojego byłego pracodawcę i pokazać, że posiada charyzmę i umiejętności godne każdego mistrza świata.

Niestety, czas płynie nieubłaganie i od tych popisów Raikkonena minęło już prawie dziesięć lat. W tym sezonie za sprawą świetnego bolidu Ferrari, mogliśmy poczuć, jakbyśmy cofnęli się w czasie, gdy w Monako Fin zdobył swoje siedemnaste pole position w karierze (po 9 latach!). Wtedy na chwilę młodsze pokolenie widzów mogło obejrzeć blask dawnego mistrza. Jednak po tym wyścigu wszystko wyglądało już zupełnie inaczej. Na Węgrzech być może znów obejrzeliśmy dawnego mistrza świata, ale nie dla wszystkich jego jazda była przekonująca.

Przechodzący zapewne w niedługim czasie na emeryturę Kimi Raikkonen jest niewielkim ryzykiem dla Ferrari i oni prawdopodobnie o tym wiedzą. Cały manewr wygląda na celowy ze strony włoskiego zespołu, po to by móc wyciszyć negatywne emocje wokół kontraktu i rzuceniu wszystkich sił na walkę w klasyfikacji konstruktorów, gdzie Ferrari czeka na tytuł od dziewięciu lat.

Dlatego w tym miejscu warto zadać pytanie i uciszyć w tym miejscu wszystkich antyfanów Fina, czy ryzykowne w tym momencie wydawałoby się wprowadzenie innego kierowcy, który nie zna inżynierów, mechaników, struktury zespołu i kultury pracy? Ta opcja to ogromne ryzyko, bo Ferrari ma poczucie, że byłoby to zmarnowanie cennego czasu na naukę „świeżaka” wszystkiego od podstaw. Zespół jednak dokonał porównania obu wariantów i wybrał mniejsze zło - czyli Raikkonena. Dlaczego? Ponieważ nie ma w tym żadnego ryzyka, albo jest minimalne, ale jest to decyzja odpowiedzialna na ręce Ferrari.

Inną sprawą jest drugi kierowca tego zespołu, czyli Sebastian Vettel, gdzie jak widać jest tutaj zdecydowanym numero uno. Niemiec wielokrotnie powtarza w mediach, że ceni Kimiego i chciałby, aby to on był wciąż jego dobrym partnerem zespołowym. Seb podobno cały czas daje mu wsparcie, ale za jaką cenę?

Tą ceną jest walka o tytuł mistrza świata, która w tym sezonie toczy się właśnie pomiędzy Vettelem, a Lewisem Hamiltonem z Mercedesa oraz mającym niemniejsze szanse, ale wciąż czający się Valtterim Bottasem. Przy takim układzie duet Ferrari pracuje ze sobą wzorowo (choć trzeba przyznać, że zespół z Brackley ostatnio też postanowił grać fair), ponieważ ani Niemiec ani Fin nie wchodzą sobie w drogę i darzą siebie wzajemnym szacunkiem i zaufaniem. Nic za tem dziwnego w tym, że Kimi został zdegradowany do roli drugiego kierowcy, którego jedynym zadaniem jest powstrzymywanie Mercedesów z tyłu, daleko za Sebastianem.

By przyjrzeć się sytuacji Ferrari jeszcze bliżej trzeba spojrzeć na ich juniorów. Pomimo ogromnego talentu jaki niewątpliwie posiadają Charles Leclerc oraz Antonio Giovinazzi, nie mają oni najmniejszych szans na zajęcie fotela “IceMana” w przyszłym roku, gdyż zespół nigdy nie zwykł zatrudniać kierowców bez doświadczenia w wyścigach Formuły 1. Jednak tajemnicą poliszynela jest fakt, że Scuderia będzie przyglądać im się jeszcze ostrzej w przyszłym roku, by zdecydować który z nich będzie miał większe szanse na miejsce w fotelu w perspektywie kilku lat, ale na pewno nie roku.

Wieść gminna niesie również, że mieszkaniec Monako bądź Włoch trafi do zespołu Saubera, który ma stać się “przedsionkiem” Ferrari. Duże szanse na wylot ma Pascal Wehrlein, który nie spełnia pokładanych nadziei w zespole. Marcus Ericsson jest z kolei pewien utrzymania posady dzięki wsparciu finansowemu, a w Hassie nie ma już wolnych miejsc, ponieważ Grosjean i Magnussen przedłużyli swoje umowy.

Dzięki przedłużeniu umowy przez Raikkonena w Ferrari zapanuje zapewne stagnacja i spokój, ale zapewne ten stan rzeczy potrwa tylko do przyszłego roku. Decyzja ta napewno wpłynie na zespół, ale jakie będą jej skutki, tego dowiemy się dopiero po wyścigu w Abu Zabi, gdzie roztrzygnie się kampania F1 A.D 2017.

Image © Scuderia Ferrari

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE