Menu

Z przymrużeniem oka o GP Chin: Smok bez ognia

Start Grand Prix Chin

Od kilku sezonów Formuła 1 uczyła mnie, że nie warto oczekiwać od niej zbyt wiele. Im więcej od niej chciałem, tym bardziej mnie rozczarowywała. Weekend w Australii pokazał, że potencjał w obecnych bolidach jest całkiem spory, tylko potrzebuje nieco czasu, aby kierowcy pokazali go w całości. Obiecałem sobie w duchu, że cierpliwie na to poczekam, ale weekend w Chinach niesamowicie mnie zaskoczył…

Tu powinien się pojawić akapit dotyczący piątkowych treningów. Tylko jak można opisać coś, co nie miało miejsca? Fanatycy powiedzą, że przecież kierowcy wyjechali na tor. No tak, pojeździli, tylko bez swoich tradycyjnych programów i nadziei, że dane zebrane im się przydadzą. Pomijam już całkowicie fakt, że łącznie na trzy godziny sesji treningowych czerwonej flagi nie oglądaliśmy przez ok. trzydzieści minut.

Na całe szczęście, albo i nieszczęście dla niektórych, sesja kwalifikacyjna obfitowała w całą masę emocji. Jeszcze za nim na dobre zbliżaliśmy się do ostatecznych rozstrzygnięć Verstappen zgłosił, że ma problemy z silnikiem, więc na konkurencyjny czas w jego wykonaniu nie mieliśmy co liczyć. Kraksa Giovinazziego pokazała za to jeden znaczny mankament FIA – nie potrafi dotrzymać własnego słowa. Niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę – wszak nie ma ludzi nieomylnych. Jeśli jednak dobrze pamiętam, podwójne żółte flagi w czasie kwalifikacji miały być zastąpione wywieszeniem czerwonej flagi i przerwaniem czasówki. Zatem kary dla Grosjeana i Palmera nie powinny nikomu przyjść do głowy, bo zgodnie z tym rozporządzeniem, nie mieli oni prawa znajdować się w tym momencie na okrążeniach pomiarowych. Rozumiałbym problem realizacji zadania, jakim mogłaby być zmiana silnika w połowie Q1 czy coś tego pokroju, ale nie podjęcie jednej, bardzo prostej decyzji.

Zostawmy jednak te negatywy za sobą. W końcu to, co dobre dopiero przed nami. Dopiero druga runda sezonu przed nami, a my już możemy obserwować walkę pomiędzy Hamiltonem a Vettelem. Powiem więcej, walkę, w której wszystkie drzwi są i dla jednego, i dla drugiego, bardzo szeroko otwarte. Jeśli ktoś do tej pory narzekał, że Formuła 1 zamyka się tylko na zespół Mercedesa i drugą ligę, zawieszoną pomiędzy F1 a GP2, teraz chyba może już spokojnie wrócić do śledzenia królowej motorsportu.

W wyścigu zaskoczyła mnie przede wszystkim wytrzymałość opon Pirelli. Choć powinienem być nieco bardziej konkretny i powiedzieć, że wytrzymałość kół w bolidzie Carlosa Sainza. Na wyjściu z zakrętu numer dwa, postanowił nieco się poobracać. Na jego nieszczęście przy jednym tych obrotów dość mocno uderzył lewym tylnym kołem w betonowy mur. Byłem pewien, że będzie musiał zjechać do alei serwisowej i poddać się pewnym naprawom, jednak ku mojemu zdziwieniu, Hiszpan jechał niewzruszony na siódmej pozycji.

Nie można pominąć w podsumowaniu tego wyścigu dzieła zniszczenia w wykonaniu Maxa Verstappena. Dlaczego zniszczenia? Chyba jak nikt przyczynił się do obalenia mitu, że w obecnej Formule 1 nie da się wyprzedzać. Można się spierać, że Ricciardo go przepuścił, jednak kilka jego ataków to był majstersztyk. Pójdę może nawet krok za daleko, ale powiem, że Holender to obecnie najbardziej perspektywiczny kierowca w stawce i za dwa, góra trzy lata, przy odpowiednim aucie, odbierze swój pierwszy tytuł Mistrza Świata. Nie ma obecnie zawodnika, który lepiej czuje warunki na torze, a jednocześnie wie, jak zaplanować swoje manewry.

Czym jednak byłby wyścig w Azji, bez wspomnienia o japońskim „Tygrysie”? Honda po raz kolejny pokazała, że pogubiła się kompletnie projektując kolejną jednostkę napędową. Czasem odnoszę wręcz wrażenie, że obecne silniki są zbyt skomplikowane dla japońskich inżynierów i nie są w stanie w żaden sposób sobie z nimi poradzić. Naprawdę przykro patrzeć, jak Fernando Alonso dwoi się i troi w McLarenie, żeby osiągnąć przyzwoity rezultat, choć obawiam się, że w tym sezonie każdy punkt będzie cenił podwójnie. Z drugiej jednak strony, trzeba zwrócić uwagę na to, jak Hiszpan wypowiada się o swoich startach. Każdy kolejny nazywa najlepszym w karierze, choć dotychczas jeszcze nie zdarzyło mu się ukończyć wyścigu. Miejmy nadzieję, że w „japońskim smoku” wreszcie zapłonie ogień, a duet McLaren-Honda wróci do walki o spore punkty.

Image © Mercedes AMG Petronas

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE