Menu

Z przymrużeniem oka o GP Australii: Chora australijska miłość

Wyścig o Grand Prix Australii

Formuła 1 jest bezlitosna. Co roku zostawia nas samych, żebyśmy zdążyli za nią zatęsknić. Ale po raz kolejny przypomina nam, że królowa jest tylko jedna. I do niej rokrocznie wracamy na początku wiosny. Tym razem jednak dała nam wiele powodów do myślenia o sobie. Zmiana przepisów, która miała przenieść ściganie na zupełnie inny poziom. Zdecydowanie szybszy, wymagający znacznie lepszego przygotowania fizycznego i co najważniejsze, dająca wykazać się kierowcom z prawdziwymi ‚cojones’.

Zmiany składów kierowców na ten sezon są wyjątkowo interesujące. Mistrz ucieka w glorii chwały, zastępuje go utalentowany i ceniony Valtteri Bottas. Hulkenberg ucieka z Force India do Renault, Wehrlein ląduje w Sauberze, Massa wraca z emerytury, a wspierać ma go Lance Stroll. Choć… Po testach chciałoby się wręcz napisać Lance Troll, bo królowa sportów motorowych właśnie zyskała następcę Pastora Maldonado. O ile wenezuelski kierowca był jednak gwiazdą przez wielkie G, o tyle Stroll, przez wielu porównywany talentem do Maxa Verstappena, w moich oczach nie ma co liczyć na świetlaną przyszłość w Formule 1.

Czym jednak byłby weekend Grand Prix bez żadnego dramatu? Zamiast skupić się na głównych aktorach tego spektaklu, rozpocznę dywagacje od końca stawki. Jasne jest, że Sauber wręcz tradycyjnie będzie walczył o uniknięcie ostatniej pozycji. W tym roku jednak będzie miał bardzo silnego konkurenta w walce o zamknięcie tabeli. McLaren-Honda, zespół tak utytułowany, w tym roku postanowił upodobnić się nawet malowaniem do zespołu, który przed tegoroczną rywalizacją zdążyliśmy pożegnać. Aby uniknąć jednak plagiatu nieco zmienili odcień koloru czerwonego, pokrywający sporą część ich bolidu. Miałem jednak nadzieję, że ich auto będzie lepiej jeździć niż wyglądać. Cholera… Zawiodłem się.

Ale przejdźmy już do sedna. Od początku wierzyłem, że Ferrari w końcu się obudzi po zimowym śnie. Nie przeszkadzało mi nawet to, że ten sen trwa dobrych kilka lat. W końcu i do ekipy z Maranello musiała zawitać wiosna. Testy tylko potwierdziły moje przypuszczenia. ‚Czerwona błyskawica’ wyjechała na tory całego świata. Chciałbym jednak, żeby nie popełnili tego samego błędu, który im się zdarza od kilku lat – niech nie chełpią się sukcesem na starcie, tylko skupią na poprawie bazy, którą w tym roku mają wyjątkowo wyśmienitą.

Chciałoby się rzec, że kwalifikacje były wyjątkowo typowe. Stroll rozbił auto w trzecim treningu, więc w czasówce nie miał co liczyć na dobry rezultat. Alonso wyciskał 110% z bolidu, a wynik i tak pozostał bardzo mierny. Kilka postaci jednak zaburzyło ten obraz sobotniej sesji. Ricciardo rozbija się w Q3, Giovinazzi zaskakuje wszystkim swoim tempem i niewielką stratą do znacznie bardziej doświadczonego partnera z zespołu, a Romain Grosjean wprowadza Haasa na szóste pole startowe.

A wyścig? Po tym wszystkim, co działo się podczas testów, treningów, kwalifikacji naprawdę liczyłem na kawał fantastycznego ścigania. Co dostaliśmy? Potężną miernotę z czasów największej dominacji Red Bulla. Choć nie… Vettel i Hamilton walczyli o zwycięstwo, ale bez pojedynku ‚bark w bark’. Z tyłu nie działo się właściwie nic, poza awariami Ricciardo, który mógłby w ogóle nie ruszyć do wyścigu, gdyby jego zespół nie był tak uparty, kolizja Ericssona i Magnussena, kolejne płacze Alonso i problemy z silnikiem Vandoorne’a. A na czele? Mercedes jedną decyzją zabrał zwycięstwo Hamiltonowi. Wczesny pit-stop, aby zabrać Ferrari okazję do podcinki sprawił, że 25 punktów z pocałowaniem ręki oddano za darmo włoskiej stajni.

Czego nas ten wyścig nauczył? Że jeśli kierowca potrafi się bronić, nie ma szans, żeby go wyprzedzić na takim torze, jakim jest Albert Park; że Bottas nie jest tak wielkim kierowcą, za jakiego był uważany. Choć przy Finie można się zatrzymać na chwilę dłużej. Ja nadal wierzę w jego talent. Zastanawiam się tylko, jak długo w Mercedesie będą cierpliwie czekać na jego wybuch. Tak sobie myślę, że przy rocznym kontrakcie w Srebrnych Strzałach, on odpali w drugim roku. Pozostaje tylko pytanie, czy nie wróci do tej pory na poziom Williamsa.

Nadal uważam się za gówniarza zakochanego po uszy w Formule 1. Tak, w tej królowie sportów motorowych, dla której warto było wstawać w środku nocy, żeby patrzeć jak dwudziestu facetów ściga się w kółko i zarabiają miliony. Tylko ostatnio mam wrażenie, że ta miłość powoli staje się platoniczna. Ja ją kocham, a ona mnie sprawdza czy nadal będę ją tak uważnie śledził, czy nadal jestem gotów do takich poświęceń. A ja dalej wierzę, że ona się zmieni. Na znacznie lepsze…

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE