Menu

Podsumowanie 85. edycji 24-godzinnego wyścigu Le Mans

Porsche LMP Team #2

Cztery lata minęły od ich powrotu do walki o najwyższe laury. Od tego momentu już trzykrotnie wygrali 24 Heures du Mans. Statystyki Porsche są w tym aspekcie znakomite. Chociaż ostatnie dwie edycje legendarnego wyścigu były szalone i ekipa ze Stuttgartu miała najwięcej szczęścia, to nie zmienia faktu, że to właśnie oni stawali na najwyższym stopniu podium.

Jednak ta edycja z trudnością zostanie zapamiętana jako wspaniały triumf załogi z numerem #2. Oczywiście skład Timo Bernhard, Earl Bamber i Brendon Hartley zapiszą się w historii jako zwycięzcy, ale ich triumf rozegrał się w cieniu licznych awarii, a w rezultacie nieukończonej rywalizacji przez wiele samochodów klasy LMP1.

Ten temat na pewno będzie numerem jeden przez następne kilka tygodni. Po wycofaniu się z rywalizacji Audi, w tym roku na starcie zobaczyliśmy tylko pięć prototypów z układami hybrydowymi. Pozbawiony go samochód ByKolles swój udział zakończył już w pierwszej godzinie całodobowego ścigania. Po poprzednich latach wydawało się, że forma połączenia silnika spalinowego i elektrycznego napędu jest na tyle rozwinięta, że ukończenie wyścigu to dla niej najmniejszy problem.

Jednak coroczne wprowadzanie większych restrykcji przez organizatorów, dotyczących zwiększenia wydajności doprowadziły najszybsze prototypy do martwego punktu. Wszystko to ma na celu oczywiście stały rozwój technologii, która ma zostać w przyszłości wprowadzona do samochodów drogowych. Lecz wyniki tegorocznego Le Mans pokazują, że cienka granica między wymaganą efektywnością a potencjałem tych maszyn została przekroczona.

Już trzy i pół godziny od startu wyścigu Porsche #2 miało nieplanowany zjazd do boksów. Po wciągnięciu modelu 919 Hybrid do garażu wadliwe okazało się przeniesienie napędu na przednią oś. Co ciekawe, była to pierwsza tego typu awaria z jaką przyszło się zmierzyć mechanikom w tym modelu. Całość napraw zabrała ponad godzinę.

Wtedy na poratalch społecznościowych Brendon Hartely zamieścił zdjęcie z podpisem, gdzie zapewnia walkę do końca o punkty dla zespołu w klasyfikacjach FIA World Endurance Championship. Trudno było przewidzieć, że dwadzieścia i pół godziny później Nowo Zelandczyk zrobi na podium zwycięskie selfie.

W tej sytuacji niemiecki zespół wydawał się być na straconej pozycji. Jeden pojazd przeciwko trzem Toyotom. W dodatku japoński producent od początku sezonu miał przewagę, co stawiało ich w roli faworytów również we Francji. Lecz problemy zaczęły się niedługo później niż konkurentów. Najpierw Sebastian Buemi za kierownicą Toyoty #8 zaczął narzekać na prowadzenie się pojazdu. Po dotarciu do pit lane od razu wciągnięto go do garażu. Tam spędził ponad 120 minut i aż trudno uwierzyć, że właśnie ta załoga jako druga z LMP1 dotrze do mety.

Mocnym uderzeniem przywitała nas niedzielna część rywalizacji. Kiedy kibice zaczęli się zastanawiać, czy pójść zrobić sobie kolejną kawę, czy wykorzystać, jak dotąd spokojną noc, na zmrużenie oka, o odpowiedni poziom adrenaliny we krwi zadbała kolejna awaria w LMP1. Wtedy prowadzący Kamui Kobayashi w TS050 Hybrid #7 nagle na wyjściu z Tertre Rouge znacznie zwolnił, ponieważ skrzynia biegów zablokowała się na jednym przełożeniu. Jego przewaga nad drugim wtedy Nickim Tandym w Porsche #1 wyparowała w ciągu kilkudziesięciu sekund. Japończyk próbował się dotoczyć do boksów, ale zatrzymał się za zakrętem Arnage, parę kilometrów od stanowisk serwisowych.

W tym momencie nastroje w Toyocie drastycznie spadły. Gwoździem do trumny dla inżynierów z kraju kwitnącej wiśni były problemy w trzecim prototypie. Gdy samochód z numerem #9 (dotychczas delikatnie eksploatowany) pozostał sam na placu boju ze stratą ponad okrążenia do liderów, Nicolas Lapierre dostał od szefostwa jasny sygnał – ma zacząć naciskać. Jednak wystarczyło kilka okrążeń, aby doszło do katastrofy. Francuz miał kontakt z prototypem klasy LMP2 przy wyjeździe z boksów, czego efektem były rozległe uszkodzenia. Próby dotarcia do mechaników i tym razem spaliły na panewce, choć brakło dosłownie kilkuset metrów.

To ustawiło niemal w idealnej sytuacji obrońców mistrzowskiego tytułu. Zostali jako ostatnia załoga z czołowej kategorii pozbawiona problemów technicznych. Szefowie zespołu od razu nakazali używanie najmniej eksploatacyjnych ustawień w samochodzie oraz podejmowanie najmniejszego ryzyka przez kierowców. Miało to znaczny wpływ na spadek czasów okrążeń i częste sytuacje, gdy zamiast szukać, jak najszybszej drogi do wyprzedzenia wolniejszych pojazdów, długimi fragmentami ciągnęli się za nimi. W końcu nie ma się czemu dziwić. Od tamtej chwili wystarczyło spokojnie dowieźć Porsche #1 do mety.

Wszystko układało się dla nich idealnie. Przejechali całą noc, przetrwali zdradziecki wschód Słońca, w którym często potrafiło się zadziać nieciekawie. Aż wybiła sądna godzina 11:10. Wykonujący swoją ostatnią zmianę w tym wyścigu Andre Lotterer mógł już powoli myśleć o swoim czwartym zwycięstwie w najważniejszym wyścigu na świecie, jednak uniemożliwiła mu tego kierowana przez niego maszyna. W tym przypadku zawiódł silnik spalinowy. Jak na złość usterka miała miejsce, tak jak w przypadku Toyoty, na początku okrążenia. Efekt? Zatrzymanie się przed zakrętem Mulsanne i pożegnanie się z 85. edycją zawodów na Circuit de la Sarthe.

Trzy kwadranse później zdarzyło się coś, co w Długodystansowych Mistrzostwach Świata miejsca jeszcze nie miało. Na prowadzenie w klasyfikacji generalnej wyszedł samochód klasy LMP2! Były kierowca Audi LMP1 Oliver Jarvis dał je swojej obecnej ekipie Jackie Chan DC Racing #38, korzystająca z dominującego w tym sezonie modelu Oreca 07 z silnikiem Gibsona.

Ich walka o prowadzenie we własnej kategorii łatwa jednak nie było. Aż do godzin porannych karty rozdawali kierowcy Vaillante Rebellion w samochodach #13 i #31. Przez długi okres obie te załogi widniały na szczycie zestawienia, a Jarvis razem z Ho-Pin Tungiem i Thomasem Laurentem próbowali dotrzymać im kroku. Jednak oba garaże szwajcarskiego zespołu nawiedziły problemy, co ułatwiło zadanie pojazdom występującym pod nazwiskiem słynnego, chińskiego aktora filmów akcji.

Jednak ogromnej kompromitacji udało się uniknąć. Porsche #2, czyli skład, którego na problemy techniczne natknął się najwcześniej, mozolnie odrabiał straty. Mając tempo ponad dziesięć sekund lepsze na okrążeniu i rzadsze wizyty na tankowania sprawiły, że na mniej niż godzinę przed końcem udało się dorwać liderującą Orecę #38 i odnieść końcowe zwycięstwo. Nie byłoby na nie najmniejszych szans, gdyby awaryjność w prototypach LMP1 nie była tak rozległa, jak w tym roku.

Ostatecznie na podium znalazły się jeszcze dwa samochody chińskiego zespołu, gwarantując chińskiego zespołowi podwójny triumf w LMP2. Oreca #37 (David Cheng, Tristan Gommendy, Alex Brundle) unikała zagrożeń i wyścig zakończyła z trzema okrążeniami straty do partnerów z ekipy.

Zdecydowanie najlepsze widowisko w tym roku zagwarantowała kategoria GTE-Pro. Fabryczne samochody Porsche, Forda, Ferrari, Chevroleta i Astona Martina dosłownie przez cały wyścig toczyły między sobą zażartą walkę, z której najszybciej został wykluczony po wypadku Pierre’a Kaffera zespół Risi Competizione w Ferrari 488 #82. Szczególnie bolesny błąd popełnił Richie Stanaway, który w ostatnich godzinach wyścigu wypadł w zakręcie Mulsanne i uderzył w bandę, czego efektem był dłuższy postój Astona Martina Vantage #95. Do tego momentu wciąż liczyli się w czołówce.

Ostatecznie walka rozegrała się między Jordanem Taylorem w Chevrolecie Corvette C7.R #63 i Jonathanem Adamem w Astonie #97. Po bardzo ostrej walce (Adam doprowadził do kontaktu) i manewrem wyprzedzania tuż przed rozpoczęciem ostatniego okrążenia zwycięstwo powędrowało do brytyjskiej ekipy (Darren Turner i Daniel Serra), a uszkodzenia w samochodzie #63 były na tyle duże, że na drugim stopniu podium stanęli finalnie Andy Priaulx, Harry Tincknell i Luis Felipe Derani w Fordzie GT #67.

Najbardziej stabilna sytuacja miała miejsce w GTE-Am. Co prawda jedni z faworytów, załoga Astona #98, czyli liderzy w klasyfikacji FIA WEC, prowadzili z niewielką przewagą w pierwszej części wyścigu, niestety nagłe rozerwanie opony pogrzebało szansę na dobry wynik. W tej sytuacji całkowitą kontrolę przejęli zawodnicy ze stajni JMW Motorsport – Robert Smith, Dries Vanthoor i Will Stevens. Dla dwóch pierwszych był to pierwszy start w Le Mans, a dla Stevensa drugi. Podium w tej kategorii uzupełniły inne załogi w Ferrari. Drugie było Spirit of Race #55, a trzecie Scuderia Corsa #62.

Wyścig Le Mans w roku 2017 przeszedł do historii. Symbolami tej poniekąd jubileuszowej, 85-tej edycji będzie porażająca awaryjność prototypów, świetne tempo LMP2, mające do końca szansę na triumf w klasyfikacji generalnej i znakomity Balance of Performance w GT, który dał niezapomniane widowisko wśród załóg fabrycznych. Jednak miejmy nadzieję, że najlepiej zapamiętana zostanie heroiczna postawa załogi Porsche 919 Hybrid #2. Bo to ona dała trzecie zwycięstwo z rzędu dla niemieckiego producenta.

Image © Porsche AG

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE