Menu

85. edycja 24 Heures du Mans startuje już w sobotę

Składy startujace w 85. edycji 24 Heures du Mans

Nadchodzący weekend to wielkie święto sportów motorowych. Oczy fanów zwrócone będą na podparyskie Le Mans, gdzie w sobotę wystartuje najsłynniejszy wyścig długodystansowy na całym świecie.

Znawcy sportu samochodowego uważają, że na naszej planecie najistotniejsze są trzy wyścigi. Należą do nich Indy500, rozgrywane na jednym z najstarszych torów na świecie i wspaniałe Grand Prix Monako, które rozgrywane na ulicach małego księstwa jest ozdobą kalendarza Formuły 1. Ostatnim w tej wyliczance jest legendarne 24 Hours of Le Mans. Wymienione jako ostatnie w tym gronie wcale nie oznacza, że najmniej ważne. Wręcz odwrotnie. Od kilku lat w sondach na największych portalach motoryzacyjnych na świecie, gdzie czytelnicy pytani są o to, który z tych wydarzeń jest najważniejsze, nie zdarzyło się, żeby francuski klasyk miał problem zwyciężyć w tej konfrontacji.

Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedzi jest wiele. Przede wszystkim niepowtarzalna forma całego wyścigu przyciąga widzów ze wszystkich sześciu zamieszkanych kontynentów, co napędza wszystkie zespoły do większego wysiłku. Również organizatorzy starają się nie ograniczać dostępu do swoich ulubieńców w paddoku. Jednak mimo to dla przeciętnego telewidza 24-godzinna forma transmisji może wydawać co najmniej nudna. Co takiemu wtedy „laikowi” odpowiedzieć na zarzuty, że „jak można przez całą dobę jeździć tylko w kółko?”.

Argument pierwszy: wyjątkowy obiekt. Raz do roku drogi publiczne wokół Le Mans są zamykane. Kilometry metalowych barier odgradza nitkę toru od sąsiednich ulic, dzięki czemu długość okrążenia wraz z całoroczną pętlą Bugatti wynosi 13,629 km, a całość przyjmuje nazwę Circuit de la Sarthe. Kilka jego fragmentów są kultowe, wręcz legendarne. Słynie on przede wszystkim z bardzo długich prostych, gdzie samochody osiągają olbrzymie prędkości. Przykładem takiego odcinka jest prosta Mulsanne, na której w ubiegłym wieku prototypy osiągały ponad 400km/h! Po serii niebezpiecznych zdarzeń utworzono na niej szykany w celu ograniczenia potencjału maszyn.

Lecz nie tylko odcinki „bez odjęcia” są tutaj znane. Także zakręty, które również nie oparły się upływowi czasu, są ważne na mapie toru. Do najważniejszych zaliczamy Tertre Rouge (wyjście na najdłuższą prostą), Mulsanne, zdradliwe Indianapolis, Arnage (najwolniejszy zakręt na torze), zakręty Porsche czy kończącą okrążenie szykany Forda. Całość robi oszałamiające wrażenie, zwłaszcza po zmroku, kiedy okolice boksów są pięknie oświetlone. Ta pora to także świetny moment na śledzenie rywalizacji z kamer pokładowych umieszczone w samochodach.

Argument drugi: samochody. W wyścigu udział weźmie w tym roku dokładnie 60 załóg. W każdej z nich zobaczymy po trzech kierowców, zmieniających się w trakcie postojów w boksie. Cała stawka podzielona jest na cztery klasy, w zależności od budowy samochodu oraz licencji posiadanej przez kierowców danego zespołu.

Najszybsza, najbardziej zaawansowana technologicznie, najważniejsza. Ogólnie rzecz biorąc „naj” – Le Mans Prototype 1 (LMP1). To tutaj rozstrzygną się losy zwycięstwa w klasyfikacji generalnej Le Mans 24 godziny. W tym roku zobaczymy w niej dwie fabryczne ekipy oraz jedną prywatną. Faworytami do ostatecznego triumfu są Toyota i Porsche. Tylko te marki z całej stawki korzystają nie tylko z silników benzynowych, napędzających tylne koła, ale również elektrycznych, które odzyskują energię kinetyczną podczas hamowania (Porsche poszło o krok dalej – odzyskuje również energię także z wyrzucanych przez rurę wydechową spalin), a później umożliwiają wykorzystanie dodatkowej mocy w postaci napędu na przednią oś. Wystarczy przytrzymać jeden przycisk na kierownicy.

Podczas gdy czterocylindrowe silniki spalinowe generują moc w okolicach 500KM, dodatkowy napęd z akumulatorów dostarcza drugie tyle, co sprawia, że maksymalna moc tych pojazdów to około 1000KM. Jeżeli dołożymy do tego pakiet aerodynamiczny, dostosowany pod tor w Le Mans, otrzymujemy maszynę o olbrzymim potencjale. Dlatego kierowcy muszą posiadać odpowiednie umiejętności oraz doświadczenie, aby zasiąść za kierownicą takiego samochodu. Ważnym aspektem jest także zużycie paliwa, bo lepsze wykorzystanie zbiornika paliwa o pojemności 62.3L pozwoli na mniejszą ilość zjazdów do alei serwisowej w celu jego uzupełnienia.

Jedynym zespołem, występującym w podklasie LMP1-L jest austriacki Bykolles. Ich model ENSO CLM P1/01 napędza tylko silnik spalinowy od Nissana. Ten rok jest dla nich okresem przejściowym, ponieważ na przyszły rok zatwierdzono już zmiany w regulaminie, mające bardzie uatrakcyjnić tą podkategorię, co już spotkało się z pozytywnym odzewem od potencjalnych uczestników.

Następna klasa to Le Mans Protype 2 (LMP2). Najszybciej rozwijająca się stawka w ostatnich latach. Od tego roku wprowadzono cięcia kosztów, polegające na tylko jednym dostawcy silników (Gibson), a konstruktorami zostały tylko cztery firmy. Z V8 4.2L generowane jest ponad 600KM. Podczas testów, odbywających się tradycyjnie dwa tygodnie przed wyścigiem, pierwszy raz w historii prototypy tej kategorii osiągały wyższe prędkości niż samochody LMP1 (ponad 340km/h, +10km/h względem LMP1). Tutaj zbiornik z paliwem (75L) z uwagi na identyczną jednostkę napędową we wszystkich pojazdach nie będzie już odgrywał aż tak istotnej roli.

Kolejne dwie klasy należą do Le Mans Grand Touring Endurance. Podział między załogi klasyfikowane w grupach Pro lub Am odbywa się na podstawie licencji FIA posiadanej przez kierowców. Aby wystartować w Am, w każdym składzie musi znaleźć się kierowca licencji brązowej plus kolejny kierowca licencji brązowej, bądź srebrnej. W grupie Pro nie ma to żadnego znaczenia.

W LMGTE-Pro będzie polem boju zespołów fabrycznych, bądź przez fabryki wspieranych. Wytypowanie faworyta w tej klasie to niezwykle trudne zadanie, dlatego tym większe emocje wzbudza ta klasa. Do walki staną Ferrari 488 GTE (zespołu AF Corse i Risi Competizione), Chevrolet Corvette C7.R, Ford GT (Ford Chip Ganassi Team), Porsche 911 RSR i Aston Martin Vantage. Lista startowa tej kategorii jest naprawdę imponująca, ilość znanych nazwisk ze świata wyścigów GT przyprawia o zawrót głowy. Magnussen, Fisichella, Pilet, Thiim czy Priaulx, to tylko niektóre z nich.

W tym roku także klasa LMGTE-Am będzie bardzo silnie obsadzona. W przeciwieństwie do innych rund FIA WEC, gdzie frekwencja nie jest najsilniejszą stroną, tym razem na starcie zobaczymy aż szesnaście samochodów. To jednak sprzyja ponownie zakładom bukmacherskim, gdyż załóg zobaczymy startujących na co dzień w innych seriach lub też zespoły z Długodystansowych Mistrzostw Świata zdecydowały się na wystawienie większej ilości samochodów.

Samochody GT w Le Mans to główni kompozytorzy tego spektaklu. Poza świetnym wyglądem, oszałamiające wrażenie robi także dźwięk silników. Możemy tutaj wsłuchać się w wysokie tony jednostek turbodoładowanych w Ferrari, Fordzie lub Porsche. Jeszcze większe jednak wrażenie robi huk z pod maski Astona Martina lub Corvetty, pochodzący z ogromnych silników wolnossących.

Argument trzeci: kilka lub nawet kilkaset wyścigów w jednym czasie. Dzięki podziałowi na klasy w ciągu całej doby równolegle na jednym torze rozgrywane są tak naprawdę cztery osobne rywalizacje. Jednak z powodu różnicy w prędkościach nie liczy się tylko czyste tempo, ale również umiejętność jazdy w tłumie, przypominającym nieraz korek oraz unikanie zagrożeń tym spowodowanym. Ilość niewiadomych w tej rywalizacji jest większe niż w jakimkolwiek innym wyścigu. Poza tempem na torze, niezwykle ważna jest dobra praca w trakcie pit-stopów, bezawaryjność samochodu, a przy okazji trochę szczęście. Końcowe zwycięstwo jest wypadkową tych i kilku innych elementów.

Poza ściganiem się na Circuit de la Sarthe, odbywa się również wyścig technologiczny. Widać to przede wszystkim w klasach LMP1 i GTE-Pro, gdzie fabryki inwestują olbrzymie pieniądze w innowacyjne technologie, które potem otrzymujemy w samochodach drogowych. To właśnie 24 godziny Le Mans przez lata było poligonem doświadczalnym dla jednostki TDI lub głównym miejscem rozwoju napędu hybrydowego. Bo gdzie indziej, jak nie w trudnych, wyścigowych warunkach przetestować technologie, mające wytrzymać setki tysięcy kilometrów.

Zbiór tych argumentów mógłby być kilkukrotnie większy. Legendarny wyścig, którego pierwsza edycja odbyła się w 1923 r., to jeden z najwspanialszych wydarzeń sportów motorowych w roku. Zwycięstwo w nim to marzenie, nie tylko kierowców prototypów czy GT, ale także Formuły 1 lub IndyCar. Kto tym razem będzie cieszył się ze zwycięstwa w 85. edycji tego wspaniałego wydarzenia? Przekonamy się w niedzielę około godziny piętnastej.

Image © Toyota Motorsport GmbH

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE